Semilac- Świąteczne hybrydy

Semilac- Świąteczne hybrydy





Jakiś czas temu zaczęłam sama sobie robić paznokcie hybrydowe. Cieszyłam się jak dziecko kiedy dostałam cały zestaw i nie mogłam się doczekać aż zrobię swój pierwszy manicure. Od tego momentu już trochę czasu upłynęło a ja zaczynam się wprawiać w tę sztukę. Zaczynam- bo jeszcze idealnie nie jest, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Pokochałam tą metodę całym sercem i zaczęłam wręcz kolekcjonować kolorowe lakiery. Naoglądałam się filmików i od razu zaczęłam od firmy Semilac. Nie będę się rozwodzić na tym, ponieważ takich postów i filmików w internecie jest pełno. W skrócie- Semilac został moim faworytem i gdy przeglądam sety z ich kolorami przechodzi mnie dreszcz.


Instagram jest kopalnią inspiracji, naoglądałam się i nie mogłam się doczekać kiedy zrobię takie typowe świąteczne zdobienie. Wiecie, czerwień i brokatowe złoto- to kolory które kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem jak żadne inne.

W końcu postanowiłam, że nadszedł na to czas, i oto jest.





Na dużym paznokciu zrobiłam cieniowanie i lekkie przechodzenia z czerwonego na złoto. Wskazujący i środkowy pomalowałam czerwienią a dwa następne złotem. Ciężko było mi się zdecydować co konkretnie na nich zrobić. 



Użyłam do tego dwóch cudownych kolorów- 028 Classic Wine oraz 037 Gold Disco. Myślę że pasują do siebie idelanie. 037 w większości przypadków pasuje- najbardziej podoba mi się z właśnie czerwienią, czernią oraz z 032 Biscuit (ten kolor mogliście oglądać na moim instagramie). 




Oba te kolory osiągają pełne krycie po dwóch warstwach. Pomijam w opisie oczywiście standardowe bazy i topy- nie chce dublowac kolejnego wpisu o tym jak wykonywać takie paznokcie.
Nie rozlewają się na boki, kryją i nie zbiegają się do środka. Czego chcieć więcej?
Taki manicure wygląda efektownie zarówno na krótkich jak i na długich paznokciach. Moje niestety są jeszcze dosyć słabe i nie udaje mi się ich zapuścić na satysfakcjonująca mnie długość.





Koniecznie dajcie znać co o nich sądzicie i co w te święta zagości na waszych pazurkach.

Karo
Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"- hit czy kit? Recenzja

Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"- hit czy kit? Recenzja




Odkąd tylko zrobiło się głośno o tej książce, widziałam że muszę ją przeczytać. Po pierwsze intrygowała mnie okładka. Patrząc na nią, wyobrażałam sobie jakąś straszną zbrodnie, mroczną dziewczynę i ten pociąg... stary i klimatyczny. Uwielbiam pociągi, może też i dlatego tak ciągnęło mnie do tej publikacji. Ten cytat Kinga i słowa "Nie znasz jej, ale ona zna Ciebie", były tak przyciągające, że przepadłam.


Gdy zaczynałam ją czytać nie wiedziałam o niej totalnie nic. Nie przeczytałam nawet opisu książki. 
Pierwsze rozdziały pochłaniałam jednym tchem. Czytałam ją do póki nie zasnęłam gdzieś późno w nocy, ale następnego dnia... wcale nie czułam tej iskry, że koniecznie muszę do niej wrócić. Ekscytacja nadchodziła gdy tylko zaczynałam ją czytać. Na przemian współczułam i nienawidziłam głównej bohaterki. Ku mojemu rozczarowaniu nie była ona jakąś tajemniczą dziewczyną z pociągu, nie było też jakiejś spektakularnej zbrodni. Z jednej strony przyjemny thriller, tajemnica, a z drugiej lekko irytująca bohaterka (przedstawiana jako żałosna alkoholiczka, znudzona życiem, nikomu niepotrzebna, jeżdżąca pociągiem w tę i z powrotem).  Muszę przyznać, że w połowie dopadł mnie lekki kryzys. Nic się nie działo, a tytułowa dziewczyna mnie już tak denerwowała, że chciałam jej dać po twarzy by się opamiętała. Jednak nie lubię zostawiać nieprzeczytanych książek i postanowiłam ją skończyć licząc że to ja skończę ją pierwsza, a nie ona mnie.
Uwielbiałam w tej książce podział na rozdziały imienne. Nie rozdział 1, 2, 3 itd. Ale rozdziały według bohaterów, bardziej w formie pamiętnika okraszonego datą, niż powieści. Fajne było też to, że czytelnik sam może dochodzić do sedna sprawy.
Nie wciągała mnie ona na tyle żeby nie móc się oderwać na kilka godzin czy dni, ale jednocześnie w mojej głowie ciągle tkwiła myśl "co dalej" i czułam że muszę ją skończyć.





Paula Hawkins stworzyła bardzo pouczający thriller. Pokazała że nikt nie jest idealny a większość to pozory. Udajemy przed sąsiadami, współlokatorami a nawet przed partnerami. Po co? Każdy ma jakiś cel. Pokazuje też, że często sami sobie tworzymy wyidealizowany obraz ludzi, a gdy ich poznajemy nadchodzi ogromne rozczarowanie.
Koleżanka stwierdziła że bardziej by rozumiała bohaterkę, gdyby się upijała. Może i miała trochę racji. Bohaterka mnie na prawdę irytowała! Może ktoś kto był w podobnej sytuacji alkoholowej jak ona, byłby w stanie bardziej ją rozumieć i mentalnie wspierać. Ja pomimo starań nie do końca rozumiałam jej poczynania. Dlaczego po raz kolejny się upiła skoro poprzednio skończyło się to tragicznie?!
"Dziewczyna z pociągu" zawiera w sobie tajemnicę, zagadkę której rozwiązania sami możemy dociekać. Zawiera też ogrom prawdy o nas samych i naszym najbliższym idealnym otoczeniu. Często wydaje się nam że nasze problemy nie dotykają innych ludzi, że nikt nigdy wcześniej tego nie przechodził, albo że nasi sąsiedzi mają wszystko czego w życiu pragnęli i muszą być szczęśliwi. Nie prawda. Tak na prawdę nie wiemy co czują najbliżsi, do póki ich nie poznamy od tej strony "problemowej".

Moim zdaniem, książka jest warta uwagi. Jest zdecydowanym hitem tej jesieni, lekkim i przyjemnym z którego jednocześnie możemy wyciągnąć jakieś wnioski. Mnie nie wciągała jakoś specjalnie, ale znam osobę która nie mogła sie oberwać i czytała ją nawet u fryzjera (pozdrawiam ;) ).

Na prawdę polecam ją na chłodne zimowe wieczory z towarzystwie gorącej czekolady i kocyka.

Ciekawi mnie, co sądzicie na jej temat? Koniecznie dajcie znać

Karo
Maybelline Color Tattoo!- Recenzja, czy warto?

Maybelline Color Tattoo!- Recenzja, czy warto?




Osławione, niemalże kultowe cienie Color Tattoo zasiliły i moją kosmetyczkę. Kuszą pięknymi kolorami i dobrymi recenzjami. Straszą ceną, ponieważ około 25 zł za cień o pojemności 4ml jest ceną dosyć wygórowaną, ale to może dlatego że cienie nie goszczą na moich powiekach codziennie i moje wymagania nie są zbyt duże. Kusiły mnie już od dłuższego czasu, jednak dopiero teraz się zdecydowałam. Przetestowałam i przychodzę do Was z recenzją.

Produkt zamknięty jest w szklanym, masywnym słoiczku. Posiada również plombę, na którą zwracajcie uwagę przy kupowaniu. Ja tego nie zrobiłam i kupiłam zmacany cień!
Cień już nie raz, nie dwa zaliczył spotkanie z parkietem i nic mu się nie stało. Jest w stanie nienaruszonym co mnie bardzo cieszy.

Maybelline obiecuje nam:
Maybelline, Eye Studio, Color Tattoo 24Hr to kremowo - żelowy cień do powiek. Aż do 24 godzin utrzymywania się koloru. Technologia Maybelline Eye Studio pozwala na stworzenie super - nasyconego cienia. Kremowo - żelowa konsystencja Color Tattoo 24Hr pozwala na łatwe nałożenie cienia, który nie blaknie.

Jak jest na prawdę?

W swoim zbiorze posiadam cztery sztuki- Creamy Beige nr 98- piękny chłodny brąz kupony z myślą o brwiach, Timeless black nr 60- głęboka, matowa czerń, kupiona z myślą o lekkim przydymieniu i kresce,  Immortal Charcoal nr 55- piękne srebro, po prostu, oraz Turquoise Forever nr 20- piękny turkusowy kolor idealny do letnich kresek.




Przyznać muszę iż cienie są na prawdę dobrej jakości. Są bardzo dobrze napigmentowane, a nakłada się je z łatwością, jednak ze względu na formułę kremu o blendowaniu możemy zapomnieć. Są też bardzo bardzo wydajne- zużycia prawie wcale nie widać.

Mam wrażenie, że brąz przy nakładaniu jest lekko toporny- jak widzicie pędzelek go po prostu rysował. Do reszty nie mam zastrzeżeń. Brąz też nie nadaje się do brwi- zlepia je niemiłosiernie. Sprawdza się jednak jako baza do cieni sypkich- przylepiają się i dzięki temu dobrze trzymają.

Cień jest trwały. Na prawdę trwały! Gdy zaschnie, ciężko go rozsmarować czy zetrzeć. Kolor trzyma się minimum 8h, więcej nie sprawdzałam, ale gdybym go nie zmyła, to myślę że tak do 10 by pociągnął. Zaletą tych cieni jest też to że nie czuć ich na powiece. Często miałam uczucie ciężkości, co z moja opadającą powieką nie grało zbyt dobrze. 


Nosiłam je z bazą z Wibo która dodatkowo podbiła ich kolor. Trwałości nie przedłużyła. ale nie było to potrzebne. 




Bez bazy:




Z bazą Wibo:



Reasumując:
Cienie są dobrej jakości, napigmentowane i trwałe. Jadnak nadal mam wrażenie, że 25 zł to zbyt dużo jak na cienie których nie wyblendujemy i nie połączymy z czym innym (np. innymi cieniami nie-kremowymi). Dobrze jest je kupować na promocjach -49% w Rossmannie, lub na Kosmetyki z Ameryki (tam są w ceni regularnej za około 12zł- mega różnica!) 

Moim zdaniem warto, ponieważ kreski wychodzą obłędne! 





Dajcie znać co sądzicie o tych cieniach! Używacie? 

Karo

Psia dupa czyli "Listy do M. 2"

Psia dupa czyli "Listy do M. 2"


Zdjęcie pochodzi z kampanii i sesji do filmu "Listy do M.2"


O drugiej części "Listów do M." już od kilku miesięcy było na prawdę głośno. Lubię polskie produkcje filmowe i staram się je doceniać, lubię też wielowątkowe filmy kręcone w klimacie świąt. Pierwsza część bardzo mi się spodobała, dlatego też wiedziałam, że obejrzę i drugą. Co prawda od premiery już jakiś czas minął a ja wybrałam się do kina dopiero teraz. Dlaczego? 
Ponieważ nie cierpię chodzić na premiery i w pierwszych dwóch tygodniach gdy seanse są oblegane. W nieco późniejszym terminie można skupić się na filmie a nie obmacującej się parze za, lub szeleszczącą wycieczką przed. 

Przechodząc do sedna. Nie będę opisywać o co chodzi w tej części, to możecie zrobić na filmwebie. Skupię się na krótkiej opinii i wrażeniach. 

W "Listach do M." zostały poruszone wątki, które pomimo swojego zakończenia ciekawiły widza, co będzie za kilka lat. Cieszę się że powstałą ta część, ponieważ wyjaśnia ona tę kwestię. Ponadto pojawiają się nowe wątki i nowi bohaterowie. Oczywiście niezwykle barwną postacią jest Mel grany przez Karolaka. Jedni go nienawidzą, drudzy kochają. Ja należę do tych drugich. Sama twarz tego aktora potrafi rozśmieszyć a co dopiero wypowiadane dialogi. Mel, jak przystało na Świętego Mikołaja, przeplata się przez każdy wątek. 

W filmie bardzo podobała mi się atmosfera. Z filmu czuć po prostu prawdziwe święta, i widz zostaje zasypany całą tą świątecznością. Tak tak, czuć ją bardziej niż w części pierwszej. 

Film w wielu momentach mnie rozbawiał, ale nie brakowało też momentów zastanowienia się, zadumy czy też smutku. To sprawiło, że nie jest to kolejna głupkowata polska produkcja z plejadą gwiazd na czele. Myślę że to jak ważne są święta dla bohaterów, przełożyć można na nasze życie. Film ten siłą rzeczy nasuwa nam pewne myśli, wnioski i wspomnienia. 

Reasumując- na prawdę świetny film, który warto oglądnąć na święta. Zarówno pierwszą jak i drugą część. "Listy do M" mają tylu fanów że za jakiś czas obie te części staną się nieodłącznym elementem świąt jak Kevin. 




Byliście? Oglądaliście? Co sądzicie o tym filmie? Dajcie znać!




Copyright © 2014 Beauty Lover , Blogger