Podrobiona odżywka 8w1 Eveline- La Speciale 8w1 Total Action

Podrobiona odżywka 8w1 Eveline- La Speciale 8w1 Total Action



Która z Nas nie chce mieć pięknych i zadbanych paznokci? Jakiś czas temu poddałam Was mój sposób na mocne szpony (Kliknij we mnie! ) i nie wiem co mnie podkusiło by kupić "normalną" odżywkę do paznokci w przerwie między hybrydami. No głupia ja! Słynna odżywka 8w1 od Eveline nigdy nie wyrządziła mi krzywdy. Zawsze wszystko było w porządku a ten straszny formaldehyd nie działał uczuleniowo. Jako ze nie powinno się nakładać takich odżywek zaraz po ściągnięciu hybryd, odczekałam jakiś okres czasu i postanowiłam kupić odżywkę. Nie miałam po drodze do Rossa, a w Biedrze i tak miałam robić zakupy więc poszłam tam. Stojąc przed półką z kosmetykami zauważyłam odżywkę niemalże identyczną której potrzebowałam . Opakowanie łudząco przypomina Eveline. Rzuciłam okiem na skład- chyba spoko. Jedyne co mnie zmartwiło to brak sprecyzowania co do zawartości formaldehydu. Na oryginalnej odżywce napisane jest że produkt zawiera 2% tego składnika- na podróbce nie było napisane ile tego jest. No ale z braku laku kupiłam, a cena zachęcała (4,99zł). W domu sprawdziłam skład i był on identyczny, IDENTYCZNY jak Eveline, z tą małą różnicą którą opisałam wyżej. Zachęcona, myślę sobie, że spoko spróbuję. 




Jak widzicie, wszystko łudząco przypomina kultową odżywkę. Stosowałam więc tak jak było to opisane na opakowaniu. W tym czasie nic złego nie działo się z moimi paznokciami. Na prawdę, absolutnie nic! Ani ból, ani pieczenie, ani zaczerwienienie. Pomyślałam że całkiem fajnie, paznokcie się wzmocnią itd.
Nadszedł dzień zmywania. O masakrozo! Nie szło tego zmyć. Ciapało się i ślamazarzyło. W końcu jakoś dało radę. Następnego dnia paznokcie zaczęły mnie boleć. Nie był to ciągły ból, ale przy najmniejszym dotyku- rwący. Jak się przyjrzałam to zobaczyłam że w kilku miejsca widać przebarwienia, krople krwi pod paznokciem (tak mi się wydaje) no i lekką onycholizę.  Nie była ona wielka ale przyrost o który tak walczę znacznie się zmniejszył. Momentalnie ścięłam paznokcie jak najkrócej, tak by ściąć tę chorą część. Zaczęłam też smarować paznokcie olejkiem z drzewa herbacianego co znacznie pomaga przy leczeniu tego schorzenia.
Od tego czasu minęły trzy tygodnie. Paznokcie powoli odrastają, pojawia się zdrowa, nieboląca płytka. Sukcesywnie ścinam jeszcze pozostałości tej chorej, a odzywkę zostawiłam jedynie by Wam pokazać i przestrzec.
Czekam z  niecierpliwością na odrośnięcie paznokci. Z tego co widać, postępująca onycholizę dało się powstrzymać, ale potrzeba czasu by paznokcie wróciły do dawnego stanu.
Niestety ta negatywna recenzja mnie boli, Biedre uwielbiam i kupuję tam na prawdę dużo rzeczy. Wiem też, że Eveline produkuje do tego sklepu część kosmetyków. Nie wiem czy ta odzywka jest ich dziełem, ale lepiej niech nie idą tą drogą.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie na każdego to będzie mieć takie działanie, jednak chciałam Was ostrzec. Bo ja chciałam mieć tylko ładniejsze paznokcie.
Podejrzewam że może tam być większe stężenie formaldehydu niż powinno i to tak źle zadziałało.
Pomimo tego że opakowanie, jak i cała odzywka przypomina kultowy produkt, w środku nie ma ulotki ze szczegółami co do produktu. 




Mieliście starcie z ta odżywką? Jak Wasze wrażenia? Dajcie znać.

Karo
Znalazłeś swoja planetę? Recenzja "Planeta Singli"

Znalazłeś swoja planetę? Recenzja "Planeta Singli"





Jako że film "Planeta Singli" bije rekordy popularności, postanowiłam że i ja wybiorę się do kina. Jak już wiecie, bardzo lubię (i cenię!) polski filmy. Uważam że mamy na prawdę dobrych aktorów, a sztuka filmowa w naszym kraju, z każdym rokiem poprawia się. 

"Planeta Singli" jest filmem twórców "Listów do M". Druga część bardzo mi się podobała, o czym w sumie też już pisałam. Jedak- "Listy..." były bardzo rozreklamowane. Chyba nawet za bardzo. Za to "Planeta Singli" trochę mniej. A szkoda. Bo to na prawdę dobry film!

Wychodząc z kina pomyślałam "Kurcze! to było lepsze od tych całych "Listów do M! ""

Film opowiada historię Ani- nauczycielki muzyki, która zniechęcona doświadczeniami w sferze uczuciowej postanawia wziąć udział w programie Tomka gdzie wyśmiewają potencjalnych kandydatów Ani.  Dziewczyna umawia się na randki, opowiada o tym Tomkowi, a on na antenie za pomocą specjalnych lalek wyśmiewa to. W zamian za to, Ania ma dostać nowy fortepian na kółko muzyczne które prowadzi. 
Jak ona się umawia z tyloma facetami? Wszystko dzieje się za sprawą aplikacji randkowej na telefon (brzmi znajomo?) "Planeta Singli". Początkowo nieśmiała Ania wkręca się coraz bardziej w randkowanie na potrzeby programu. Sytuacja zmienia się gdy poznaje uroczego mężczyznę. Takiego Księcia z bajki na białym koniu, któremu nie można nic zarzucić, nie ma też jak go wyśmiać na antenie. 

Dodatkowo tocząca się historia w tle, bardzo przyciągnęła moją uwagę. Ola i Bogdan- Ona "Psycholożka włosów" którą wyrzucają z każdej pracy, On- Dyrektor szkoły. Małżeństwo niemalże idealne. Niestety dzięki zazdrosnej córce Bogdana zaczynają sie kłócić. Z efekcie nieporozumień umawiają się na randkę poprzez wspomnianą wyżej aplikację... ze sobą. 

Film jest na prawdę śmieszny! Nie ma wymuszonych scenek ani żartów na siłę. Wszystko jest na prawdę naturalne. Płakałam ze śmiechu momentami, na prawdę. 
Jedynie czego mi w filmie brakowało, to większa ilość scen Ani z Tomkiem.

"Planeta Singli" w zabawny sposób ukazuje nam z jakimi typami osób możemy się spotkać z internecie, oraz jakie niebezpieczeństwo to za sobą niesie. Idealnie odniesiona do szału związanego z Tinderem. Nie brakuje też klasycznego zwrotu akcji, gdzie wszyscy się kłócą, oraz Happy End'u.

Polecam ten film- ze względu na fabułę toczącą się za sprawą popularnej apki, ale też obsada aktorka jest na najwyższym poziomie. Agnieszka Więdłocha, Maciej Sztur, Weronika Książkiewicz, Tomasz Karolak, Piotr Głowacki to aktorzy którzy wznieśli się na wyżyny swojego aktorstwa, które za każdym razem jest coraz lepsze.

Reasumując. Świetny film, pełen inteligentnego poczucia humoru, do tego dobra obsada aktorska. Na końcu oczywiście czeka nas morał wypływający z opowieści. Na prawdę warto obejrzeć ten film! Jestem nim totalnie zauroczona, ponieważ nie spodziewałam się, ze będzie AŻ tak dobry! Przy najbliższej okazji obejrzę jeszcze raz.



Widzieliście już "Planetę Singli"? Co sądzicie? Dajcie znać w komentarzach!




Pis joł Aniołeczku
Karo
Walentynkowe zdrapki

Walentynkowe zdrapki





W poście o czekoladkach obiecałam Wam jeszcze jedno, szybkie DIY. Pokaże Wam jak zrobić szybkie zdrapki, które ucieszą Waszych bliskich. Przygotowałam też dla Was trzy gotowe grafiki, które wystarczy wydrukować i postępować zgodnie z tym tutorialem, a w ciągu 30 minut (max!) będziecie się cieszyć, a raczej Wasi bliscy, pięknym zdrapkami. 
No to do dzieła!


Zdrapkę możemy wykonać na dwa sposoby, oba pokażę w tym wpisie. 



Możecie ręcznie ozdobić zdrapkę, stworzyć własną grafikę, lub skorzystać z mojej (do wydrukowania na końcu wpisu).
Po wydrukowaniu należy je rozciąć. 
Jak do każdego DIY będziemy potrzebować nożyczek, taśmy klejącej, kredki woskowej, lakieru do paznokci i oczywiście bilecików zdrapki.




Kiedy już je porozcinamy, w wyznaczonych miejscach wpisujemy fanty które są do zgarnięcia.
Może to być kino, spacer, lub też jakiś miły gest jak np. śniadanie do łóżka.



Kiedy już uzupełniliśmy pomysłami zdrapkę, dochodzimy do dylematu. Możemy użyć kredki woskowej (białej koniecznie)  i pokryć nią jedynie wyznaczone pole zdrapki (kółko lub serduszko), W drugim przypadku pokrywamy całą zdrapkę taśmą klejącą. Dobrze jeśli jest to taka szeroka, wtedy wystarczą dwa paski i cała zdrapka pokryta. Drugi sposób jest szybszy 




Kiedy już pokryliśmy zdrapkę woskiem lub taśmą, czas na ostateczną warstwę czyli- lakier do paznokci. Jest niedrogi, każda kobieta go posiada, i dostępny we wszystkich kolorach jakie nam się zamarzą. Zamalowywujemy część pokrytą woskiem lub obszar zdrapki pokrytej taśmą (ale oczywiście nie całą). W przypadku srebra wystarczyły wie warstwy- biel potrzebowała czterech



Lakier schnie zadziwiająco szybko. Najczęściej wybieram opcję z taśmą, bo to na niej najszybciej schnie farba. Na wosku trzeba trochę czekać. Lubię też ten efekt gładkiej, błyszczącej tafli na karcie, dzięki taśmie go uzyskam.
Przy zdrapywaniu taśma schodzi nieco trudniej- paznokciem da radę, natomiast wosk schodzi bardzo bardzo szybko i to mi sie nie podoba, ponieważ zawsze się boję że lekkie uszkodzenie i juz widać co jest pod spodem.



A tak wyglądają gotowe zdrapki!







Jak Wam się podobają?
 Najlepiej je drukować na grubszym papierze- ja używam bloku technicznego.

Tutaj możecie je pobrać:

Z akcentem


Romantyczne


Zdrap mnie


Co sądzicie o takich zdrapkach? Co podarujecie najbliższym w ten szczególny dzień?

Dajcie znać!
Pis joł Aniołeczki
Karo
DIY walentynkowe- Domowe czekoladki

DIY walentynkowe- Domowe czekoladki





Walentynki już w niedzielę, czas zabrać się za jakieś DIY. W tym tygodniu podeślę Wam jeszcze jeden pomysł, na szybki prezent jeśli jeszcze go nie macie, lub na dodatek do tego co już kupiliście. 
Tym czasem dziś zajmijmy się słodkim upominkiem. 

Wiadomo że prezenty zrobione własnoręcznie cieszą trochę bardziej. Wiemy wtedy że osoba która spędziła nad tym czas, podarowała nam kawałek siebie. Ja uwielbiam dawać prezenty które sama zrobiłam. Pamiętacie kostki peelingujące? Obdzieliłam nimi moich najbliższych. Jeśli jeszcze ich nie widzieliście to Klik klik we mnie!



Dużo kobiet czekoladki uważa za banalny prezent. Ale hola hola! Może by tak zrobić je własnoręcznie? W nadzieniem dokładnie takim jakie chcemy, w takim kształcie jaki nam się marzy...

Więc do zrobienie swoich własnych czekoladek będziemy potrzebować:
  • Foremek silikonowych do czekoladek lub kostek lodu
  • czekolady (mleczka, gorzka, deserowa- jaką lubicie)
  • Pędzelka
  • Masy krówkowej
  • Alkoholu (jeśli lubienie lekko pijane czeko)
  • Opcjonalnie Nutella, orzeszki, wiśnie lub inne bajery które można wsadzić w czekoladkę 
  • Zamrażalnika
Pierwsze co musimy zrobić, to roztapiamy czekoladę w kąpieli wodnej. Gdy jest już płynna, smarujemy pędzelkiem ścianki foremek. Ważne by były silikonowe, ponieważ z plastikowych czekoladka nie wyskoczy. Smarujemy dokładnie brzegi i spód foremek i wkładamy do zamrażalnika na jakieś +/- 2h.
Po tym czasie czynność powtarzamy- nakładamy drugą warstwę. To ważne by dokładnie pokryć wnętrze foremek. Dzięki temu nadzienie z niej nie wypłynie. Ponownie forma ląduje w zamrażalniku.
Zajmijmy się nadzieniem. Tutaj jest totalna dowolność!
Jako że to ma być w miarę łatwe walentynkowe DIY, ja użyłam masy krówkowej, gotowej kupionej w sklepie. W tej roli równie dobrze sprawdzi się gotowane mleko w puszcze.
Jeśli chcecie wykonam różne wariacje smakowe, możecie dodać wisienki, ja bardzo lubię wersję z Nutellą i orzeszkiem w środku. Mniam! Można również zrobić mus z truskawek. Jak widzicie opcji jest wiele i ogranicza nas tylko wyobraźnia.
Ja do masy krówkowej dodałam trochę whiskey, co lekko podkręciło smak i aromat. Ten krok można spokojnie pominąć.

Gdy druga warstwa czekolady zastygnie, nakładamy nasze nadzienie. Świetnie sprawdzi się szpryca cukiernicza, jednak łyżeczka też da radę.
Pamiętacie by nadzienie nakładać do 3/4 wysokości czekoladki. Produkt ponownie ląduje w zamrażalniku. Ostatnim etapem jest nałożenie ostatniej warstwy czekolady, czyli spodu. Bardzo ważny krok, ponieważ od tego czy pokryjecie dokładnie czekoladkę zależy czy nadzienie nie wypłynie. Jeżeli ścianki wypełnialiście ciemną czekoladą, biała jako spód pięknie urozmaici wygląd czeko.
Następnie- znowu zamrażalnik.
Po upływie jakiś 3 godzin nasze czekoladki są gotowe. Można je wyjąć, zapakować i podarować ukochanej osobie. Takie czekoladki najlepiej przechowywać w chłodnym miejscu by się nie rozpuściły.
Zrobienie tych czekoladek zajmie cały dzień, jednak najdłuższe jest chłodzenie. Nie trzeba się przy nich jakoś specjalnie narobić, a efekt i sam fakt że to Wy je zrobiliście jest powalający!



Jak spędzicie walentynki? Co podarujecie?
A może skorzystacie z mojego DIY? Dajcie koniecznie znać w komentarzu
Pis joł Aniołeczki
Karo




Perfumy Nicole

Perfumy Nicole






Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z portalem Trusted Cosmetics. 

Na początku przyciągnęły mnie wartościowe artykuły i porady, później dowiedziałam się że jest prowadzona współpraca z Bloggerkami. I taki oto sposobem dostałam do przetestowania perfumy Nicole. 
Przyznam szczerze, że obawiałam się pisać recenzje perfum. Mnie ciężko jest dogodzić zapachem i jedynie perfumy z Zary mi odpowiadają. Ciężko też jest opisać zapach. 
Pomyślałam jednak że dlaczego by nie spróbować!
Zapach wybrałam totalnie w ciemno- ot przypadkowy numerek. Nigdy, ale to nigdy żadne perfumy z opisu mi nie odpowiadały. Ja po prostu nie potrafię sobie wyobrazić tych kompozycji zapachowych. 
Numerek jaki wybrałam to 102- z opisu pomarańcza, brzoskwinia, nuty drzewne, marakuje, magnolia, piżmo i mango.




Perfumy mieszczą się w 30ml flakoniku z zamrożonego szkła- bardzo mi sie podoba to tworzywo. Są proste, subtelne i gabarytowo idealne do torebki. 
Niestety. Zapach okazał się być klapą. Dla mnie jest nieco zbyt słodki- myślę że to piżmo wysuwa się na przód. Niemniej jednak zapach jest ładny i bardzo żałuję że to nie mój typ- po prostu nie czuję się w nich pewnie. Ale jak wiadomo nic w przyrodzie nie ginie. Gdy tylko moja Mama powąchała te perfumy to przepadła. Zapach spodobał się jej niesamowicie! Razem z nią sprawdziłam ich trwałość i intensywność w ciągu dnia. 

Zapach Nicole 102 jest bardzo intensywny. Kilka aplikacji produktu sprawiło że zapach unosił się w całym domu.
Perfumy nienaniesione na skórę utrzymują się jakieś 6 godzin, nieznacznie słabnąc w tym czasie. Na prawdę dobry wynik!


Co sądzicie o tych perfumach? Używałyście ich?


"Nienawistna ósemka" Ósmy film Quentina Tarantino- Receznja

"Nienawistna ósemka" Ósmy film Quentina Tarantino- Receznja




Długo zwlekałam z pójściem do kina na Tarantino. Pomijając że czas w styczniu nie był dla mnie łaskawy, to ja po prostu nie przepadam za premierami. Idę do kina oglądnąć spokojnie film na wypaśnym ekranie, w ciszy i spokoju. A zawsze trafi się KTOŚ. I ten Ktoś żre kanapki z pasztetem przeokropnie ciamkając, SMS-uje itd. Gorzej gdy Ktosi jest dwoje i akurat wypada dzień rutynowego badania migdałków współtowarzyszki.  Dlatego premiery filmowe staram się omijać, a czasem odczekuję bezpiecznie tydzień lub dwa by móc spokojnie obejrzeć film.

Filmy Quentina Tarantino są na tyle specyficzne i odbiegające od typowo wyświetlanych w kinie, że w tym przypadku obawiałam się również fali gimbazlajnych dzieciaków, którzy przy każdym przekleństwie, wypadającym cycku czy rozlewie krwi, chichotaliby z podniecenia. Każdy kto choć trochę zna Tarantino, wie że często żadnej z tych trzech rzeczy w jego filmie nie brakuje. 

Tak więc dopiero w niedzielę mogliśmy wybrać się na długo wyczekiwany przeze mnie film. 
Sala kinowa była bardziej pusta niż pełna co mi odpowiadało i tym razem nie trafił że żaden Ktosiek komu miałabym ochotę wbić w oko szpilkę. 
Przyznam się- nie przeczytałam żadnej recenzji, opinii czy nawet opisu, a trailer widziałam w zeszłym roku. Generalnie weszłam na salę kinową nie wiedząc nic o filmie- prócz tego że to trzygodzinny seans. 

Akcja w filmie nie toczy się zaskakująco szybko, ale gdy coś się zaczyna dziać to w momencie w którym najmniej się tego spodziewasz. 
Przepiękna sceneria filmu- zima, góry i zamieć śnieżna a do tego stara drewniana knajpa. No bosko.
Są przekleństwa, jest wylana beczka krwi. To jest podane w taki sposób, sposób nazwałabym to "Tarantinowski", że ktoś kto widział pozostałe siedem filmów nie będzie obrzydzony, zaskoczony czy zniesmaczony tym widokiem. 
Ja swoją przygodę zaczęłam od "Kill Bill" i do tej pory to mój ulubiony film. Wiecie, taki przy którym nakładam maseczkę na twarz, zapalam świece, pije wino i odpoczywam. Nikt nie obiecywał że będę normalna. 

"Nienawistna ósemka" to film w stylu tych pierwszych filmów Quentina. Gdzie nikt z nikim się nie cacka i nie oszczędza. Ani postaci w filmie ani widza. Generalnie przez cały film szamałam pop-corn, ale zdarzyły się dwie sceny na których musiałam go odstawić by nie podzielać losów bohaterów.
A właśnie- aktorzy. Jak zawsze dobrani idealnie do swoich ról. Brawurowo to odegrali i nie ma tu nic więcej do gadania.


"Nienawistna ósemka" to film dla prawdziwego fana filmów Quentina Tarantino. Akcja rozwija się w bardzo specyficzny sposób, ale trzyma w napięciu cały czas, nawet jeśli bohaterowie piją spokojnie kawę. Jest też dużo przemocy, a co za tym idzie krwi. Realistycznej przemocy i realistycznej krwi. Jeśli więc wybierasz się na ten film, ale nie znasz twórczości tego autora to koniecznie obejrzy jakiś jego film. Może być "Django" czy poczciwy "Kill Bill", ponieważ te filmy nie każdemu pasują. Je się kocha lub nienawidzi.
Wychodząc z kina, zadaliśmy sobie pytanie "o czym on właściwie był?". Zabawne prawda? Sposób w jaki przedstawiona jest sytuacja w "Pasmanterii Minnie" jest trochę niejasna. Nie do końca wszystko wiadomo od razu, nie wiadomo też o co w tym wszystkim chodzi, kto jest kim i dlaczego się tam znalazł. I to było na prawdę świetne! To zainicjowało dyskusję którą stoczyliśmy w drodze powrotnej. Film zainspirował do refleksji i przemyślenia jeszcze raz całej sytuacji.
Ósmy film Tarantino robi wrażenie- największe w kinie. Gdybym oglądała go w domu, myślę że nie byłoby tego napięcia. Gorszy obraz, dźwięk i brak magii kina. Jestem pewna, obejrzę go jeszcze nie raz, ale cieszę się, że pierwszy seans odbyłam w kinie.

Film godny uwagi- prawdziwy fan się nie zawiedzie. I to jest piękne- Tarantino wypracował swój własny, nieszablonowy styl, a z każdym nowym filmem zaskakuje jeszcze bardziej.


Byliście już na tym w kinie? Co sądzicie o twórczości Tarantino? Dajcie znać w komentarzach!

Pis joł Aniołeczki
Karo
HAUL BELL

HAUL BELL




Kosmetyki firmy BELL zna każdy z nas, a odkąd ich szafy pojawiły się Biedrze to ludzie oszaleli.
Pojawił się też konkurs na "Dziewczynę miesiąca Bell" (Gorąco zapraszam do udziału) a wraz z tym konkurs na 200 komentarzy. Przeglądając zdjęcia dziewczyn skomentowałam kilka, a jak się później okazało, zgarnęłam nagrodę!
Nagroda dotarła do mnie ekspresowo a dziś chcę Wam zaprezentować mini haul Bell.

Zapraszam Was do oglądania zdjęć. Testowanie już rozpoczęłam  i na pewno recenzje pojawią się za jakiś czas. 


Cały zestaw przyszedł w przepięknej aksamitnej kosmetyczce która w środku jest wyścielona różowym materiałem





W środku znalazłam podkład, szminkę, błyszczyki, lakier, korektor, eyeliner, cienie oraz wodoodporny utrwalacz do tuszu. 

Tym ostatnim byłam strasznie zafascynowana. Jak sie okazało po nałożeniu go na tusz nie-wodoodporny, ten preparat chroni go przez rozmazaniem pod wpływem wilgoci. Mega ciekawe i przetestuję na pewno. 








Szminka jest bardzo w kolorze Barbie, ale do czegoś ją wykorzystam na pewno. Nie jestem pewna czy nie wyglądam w niej zbyt trupio







Lakier do paznokci w odcieniu 03 serii Gel4D Caffe Latte



Błyszczyki w cudnych kolorach







Korektor do twarzy- cudnie! Potrzebowałam nowego






Srebrny eyeliner- cudnie będzie wyglądać w kąciku i na linii wodnej






Cienie- absolutnie moi faworyci! Cudne złoto i fiolet który (mam nadzieję) podbiję kolor mojej tęczówki. Nie mogę się doczekać żeby stworzyć jakiś makijaż z ich udziałem. 




I na koniec krem BB. Niestety za ciemny dla mnie ale Mamuśka się ucieszy.






A tutaj swatche produktów. Mnie się bardzo podobają ale w najbliższym czasie przyjrzę się tym produktom dogłębniej. 





Co sądzicie o tych kosmetykach? Recenzję których chcielibyście przeczytać?
Lubicie haule?


Pis joł
Karo


Koktajl z kiwi- bomba witaminy C

Koktajl z kiwi- bomba witaminy C





Koktajle czy smoothie to napoje które uwielbiam, zwłaszcza gdy są przygotowywane samodzielnie w domu. 
Jakiś czas temu kupiłam blender w Biedrze i od tego czasu zakochałam się w koktajlach, smoothies i innych tego typu mieszankach.
Dziś przychodzę do Was z propozycją o smaku kiwi- mega prosta, niemalże podstawowa (uwierzcie, lubię popłynąć przy dodatkach)

Kiwi jest źródłem witaminy C- tej którą mama podaje Wam w tabletkach gdy zaczynają się pierwsze przymrozki. Tylko po co brać tabsy czy suplementy diety które przecież "każdy powinien brać" skoro za tę samą cenę może dostać czystą, smaczną witaminkę!  

Kiwi hamuje również apetyt na słodycze.


Przechodząc do przepisu- jest banalny. Z proporcji które podałam wychodzą dwie porcje koktajlu.


Składniki:
  • 6 kiwi
  • dwie łyżki miodu
  • 1 1/2 szklanki mleka/maślanki/jogurtu/wody
Wszystko to wrzucam do kielicha (kiwi obrane oczywiście) i blenduję, przelewam do szklanek i gotowe!
Miodu dodaję by dodać trochę słodyczy gdy kiwi jest jeszcze lekko kwaśne. Nie polecam cukru, bo będzie nieprzyjemnie chrupać w zębach no i już to nie będzie taki mega zdrowy koktajl. Za to możecie dodać np. ksylitol. Ja natomiast bardzo lubię miód i cenię jego właściwości. 

Dzięki temu że dodamy płyn możemy lekko rozrzedzić napój- pamiętajmy że zmiksowane owoce często są papką. Ja najczęściej dodaję mleko lub jogurt naturalny, ale polecam też spróbowanie i kombinowanie z różnymi sokami ( np. aloesowy czy pokrzywowy), oraz zieloną herbatą. 
Z zależności od ilości dodanego płynu, oraz jego rodzaju, możemy kontrolować gęstość napoju. 
W upalne dni można pozwolić sobie na małe grzeszki i dodać lody zamiast mleka. 


Taki koktajl łatwiej przełknąć niż miseczkę owoców czy warzyw- zwłaszcza że miski są twarde i ciężko je pogryźć. 

Można też przemycić zieleninę która jest bogata w witaminy a niekoniecznie ją lubimy. Można szaleć i dodawać szpinak, jarmuż czy rukolę. Odpowiednie dodatki i będzie to smaczne i zdrowe, a my nie skrzywimy się jedząc kolejną porcję "trawy". 

Często zabieram ze sobą takie koktajle w mojej ukochanej "My bottle", ale marzy mi się blender do smoothies taki typowo do tego przeznaczony. 




Planuję jeszcze kilka wpisów o koktajlach- mniej lub bardziej ambitnych.

Pijecie takie bomby witaminowe? Jakie najbardziej lubicie? A może to do Was totalnie nie przemawia? Dajcie znać.

Pis joł Aniołeczki
Karo
Premiery stycznia na które czekam

Premiery stycznia na które czekam




Nowy rok, a co za tym idzie- pełno premier filmowych. Styczeń obrodził wyjątkowo, filmów wchodzących do kin jest na prawdę dużo. Ja czekam na kilka wybranych, a dziś pokaże Wam trzy na których mnie nie zabraknie! Pierwsza pozycja jest wyczekiwana przeze mnie już od dawna, natomiast dwie następne zaintrygowały mnie dopiero w grudniu.


1. "Nienawistna ósemka"- Ósmy film Quentina Tarantino. 
Premiera- 15 stycznia 



Tarantino albo się kocha, albo nienawidzi. Ja zdecydowanie należę do pierwszej grupy. Jego filmy rozpierdalają ekran!!! "Kill Bill "oglądam średnio raz w miesiącu- ot tak dla relaksu. Nienawidziłam westernów. Po prostu nie rozumiałam co w nich może być fajnego- do póki nie obejrzałam "Django".
"Nienawistna ósemka" to ósmy dowód na to że Quentin  jest najlepszy w tym co robi!  Jego filmy są po prostu inne, a przy tym przyciągające. Jestem podekscytowana, wprost nie mogę się doczekać premiery która już 15 stycznia w kinach. 



2. "Dziewczyna z portretu"
Premiera- 22 stycznia





Film poruszający mega ważną kwestię transseksualizmu. Skupiono się na psychice osoby transseksualnej, a nie na samej fizyczności co jest świetnym pomysłem. Dodatkowo świetna obsada aktorska i magiczny wręcz klimat tamtych lat. Historia Lily jest poruszająca i niezwykła.
Szczegółowo opisał to Janek w tekście "Czym jest transseksualizm"


3. "Las samobójców"
Premiera- 8 Stycznia




Ostatnia propozycja to horror. Dowiedziałam się o nim stosunkowo niedawno, ale urzekł mnie opisem. Zwiastun może nie powala na kolana i zalatuje lekko "The walking dead", ale potrafi zaciekawić i ma w sobie to "coś". 

Nie jestem pewna czy obejrzę go w pierwszym terminie, jednak prędzej czy później to zrobię. Fascynacja i ciekawość to złe określenia co do zjawiska samobójstw, nie mniej jednak interesuje mnie ta tematyka. Osławiony las Aokigahara w Japonii nie cieszy się popularnością szczęśliwych ludzi- niemalże każdy kto tam idzie popełnia samobójstwo. Ciekawostką do tego filmu jest to, że był kręcony dokładnie w tym lesie, a nie jakimś przypadkowym z powywieszanymi ciałami. 



To są moje trzy styczniowe premiery których wyczekuję. W kinach pojawia się również wiele innych filmów jak np. Sherlock Holmes (Ach dlaczego nie gra tam Robert Downey Jr.?!) oraz nasze rodzime filmy np. "Moje córki krowy". 


Na co chętnie wybierzecie się do kina? A może wolicie oglądać w domowym zaciszu? 
Copyright © 2014 Beauty Lover , Blogger